Siedzę z K. na trawie gadając o niczym, pijąc zimne piwo. Śmiejemy się, plotkujemy, opowiadamy sobie dziwne sny. Wszystko jest wspaniałe. Idziemy po kolejne piwo, siadamy pod drzewem. W międzyczasie parę razy przechodzimy przez piasek i robi się jak latem. Jakiś czas później żegnamy się, ale ja nie chcę jeszcze wracać do domu. Dzwonię do niego i chwilę później widzę go w tłumie. Pijemy kolejne piwo z jego znajomymi, od obcych ludzi "pożyczam" fajkę. Wszystko jest wspaniale.
Potem żegnamy się na przystanku, przestaję czuć to ciepło. Nie do końca wiem co ze sobą zrobić, skupiam się tylko na chodzeniu mniej więcej prosto. W domu jest mi jakoś nie tak jak być powinno. Czegoś mi brakuje.
sobota
Wracam na rowerze przez wieś. Na niebie widać już tylko ostatnie błyski czerwoności od Słońca schowanego za horyzontem. Z obu moich stron są pola czegoś zielonego i zbożowatego. Jest trochę mgły, Mumfordzi w uszach i swetrowa pogoda. Jest super, beztrosko, mogłabym jeździć tak codziennie, o tej samej porze i w tym samym miejscu. W domu znów coś się psuje, jest mi gorzej. Już nie tak magicznie, tylko bezsensownie.
niedziela
Dziś jest tak cały dzień. Siedzę tu, trochę sprzątałam, żeby nie myśleć. Chciałabym tylko znów znaleźć się w jego ramionach zasnąć w nich, w końcu spokojna. Chciałabym, żeby było dobrze. Beztrosko. Wakacyjnie. Idealnie byłoby cały czas czuć się tak, jak obok niego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz