czwartek, 24 października 2013

Gdzie

Stacja. Pada deszcz. Bruk peronu jest już wilgotny, co odbiera mi właściwie ostatnie miejsce do siedzenia (te cztery metalowe krzesła są dawno już zajęte od ludzi czekających jeszcze dłużej niż ja). Poprawiam czapkę i łokciami opieram się o siatkowy płot. Kawałek za nim siedzibę ma firma dostarczająca kontenery na śmieci. Wyczuwam ich subtelną woń, a może to resztki, które zapodziały się razem ze złomem na jego sporej górze kawałek dalej, w skupie?

Kolorystyka tego wszystkiego jest taka spokojna, mleczno-szara. Nawet drzewa nie są już intensywnie ani żółte, ani zielone. Chmury, chowające za sobą światło, nawet złotym liściom odebrały blask. Jest to jakiś estetyczny dysonans - z jednej strony mam przed sobą świeżo oblane deszczem, przerdzewiałe kontenery, w których zwykle wywozi się gruz. Jeszcze bardziej pordzewiałe wanny, szczątki lodówek, druty, nawet kawałki płotów czy łopat. Budynki o tynku brudnym tak, że nie da się stwierdzić, jaki pierwotnie miały kolor. Ale delikatne barwy sprawiają, że wszystko to jest jakieś pastelowe, że mógłby to być melancholijny obraz, zdjęcie o ambicjach nieco wyższych niż Instagram.

Pociąg przyjeżdża, kaloryfery już grzeją. Jest mi duszno, śluzówki wysychają mi i czuję się jeszcze gorzej. Ratuje mnie butelka wody w torbie i słuchawki na uszach. Kolejny raz pokonuję tę samą, krótką drogę. Znam widoki za oknem na pamięć, tak samo jak wiem, co zastanę po dotarciu na mój peron.

Buty mam już opryskane błotem, idę sama środkiem drogi. Chodnika nie ma, innych pieszych zresztą też. Samochody czasem jeżdżą, ale i tak zdążę je zauważyć. Mogę więc komfortowo wybierać sobie najbardziej suche ścieżki i pocieszać się, że na wiosnę będzie gorzej.

W domu zdejmuję przemoczone spodnie, zmieniam bluzę na cieplejszą. Owijam się kołdrą w pościeli z Ikei, w ikeowym kubku zalewam wrzątkiem herbatę. Ratuje mnie myśl, że gdzieś jest taka Szwecja, gdzie pachnie jak w Ikei, pociągi się nie spóźniają, a wszyscy ludzie są piękni.

wtorek, 22 października 2013

irby tremor

Jadę tramwajem, na zewnątrz słońce żółtą plamą rozlewa się po rdzawych liściach. Kałuże błyszczą słodko. A ja po raz kolejny widzę jesień w tym samym miejscu.

Jestem tu już coraz rzadziej, już nie spotykam wciąż tych samych twarzy na przystankach i w sklepach. Jestem trochę odizolowana od tego, od przeszłości. Czasem chciałabym tam wrócić, do wygody, bycia blisko, do spacerów i nocnych autobusów. Przywiązuję się do miejsc chyba bardziej, niż myślałam. 


Wychodzę z pociągu, trochę pada. Rozpuszczam włosy, zakładam kaptur i żałuję, że nie zmieszczą mi się pod niego słuchawki. Idę długo, ale po drodze widzę tylko jedną osobę - kolejnego człowieka z psem, którego nie zapamiętam na więcej niż pięć minut. Bliższą relację udaje mi się tu nawiązać tylko z kotami. Znam już powoli wszystkie latarnie, domy z pogaszonymi światłami. Ale nic tu nie żyje, moją drogę do domu pokonuję w samotności. Jakbym żyła w opuszczonym miasteczku. I robi mi się smutno, że pewnie to się nie zmieni. Nie mam już odwagi pięciolatki, żeby podejść do kogoś, przedstawić się i po prostu go poznać. Za mało socjalna i za mało zdesperowana jestem. Inni chyba też.

poniedziałek, 21 października 2013

Ciepło mi

Zakładam puchate skarpetki i otulam się miłymi dźwiękami. Jest mi dziwnie miło, tak zupełnie inaczej niż zwykle. Jest tak, że aż mam ochotę ćwiczyć, siedzieć między ludźmi, jestem wycofana trochę mniej. 

I cieszę się pogodą, niedopasowaniem, ciepłymi dniami i zimnymi nocami. Cieszę się nimi pod wielką kołdrą, z ciepłym kotem, z pokładami internetu. I nawet z bieganiem na pociągi i wracaniem w nocy. I chyba z kiepskich koncertów, spadającej czapki. Przemawia przeze mnie desperacki optymizm, to pewnie przez ogromne ilości wchłanianej przeze mnie czekolady.

czwartek, 17 października 2013

Październik kojarzy mi się raczej dobrze

Staram się być tak spokojna jak potrafię. I staram się nie wpadać w panikę, nie bać się odrzucenia. Trochę zaczyna być mi obojętnie, trochę czasem panikuję.

Nie wiem, czy chce mi się być. Czy nie wlałabym się osunąć gdzieś do początków własnej świadomości. Czasami tęsknię do czasów, kiedy jeszcze nie umiałam być szczęśliwa, byłam przyzwyczajona do trwania i oczekiwania na "lepiej". Zawsze bardziej sama i bardziej z boku. Wycofana z towarzystwa, z uczuć. Wszystko bolało mniej. Czemu ktoś nauczył mnie brać świat do siebie?

Przyszła jesień i pod kołdrą potrafi być naprawdę przyjemnie, miło, da się przytulić. Innym razem na dużym łóżku jestem tylko ja i wszystkie lęki, smutne piosenki w mojej głowie, rzeczy, których się obawiam. Marzenia sięgają dalej niż bym chciała i trochę mnie to przeraża i trochę się ich wstydzę.

Trochę mniej boję się opuszczenia, to dobrze. Uczę się tak naprawdę ufać, że może nie tylko ja potrafię się przywiązać i trwać. Może nawet uda mi się to kiedyś pokazać. Chciałabym.