Jestem tu już coraz rzadziej, już nie spotykam wciąż tych samych twarzy na przystankach i w sklepach. Jestem trochę odizolowana od tego, od przeszłości. Czasem chciałabym tam wrócić, do wygody, bycia blisko, do spacerów i nocnych autobusów. Przywiązuję się do miejsc chyba bardziej, niż myślałam.
Wychodzę z pociągu, trochę pada. Rozpuszczam włosy, zakładam kaptur i żałuję, że nie zmieszczą mi się pod niego słuchawki. Idę długo, ale po drodze widzę tylko jedną osobę - kolejnego człowieka z psem, którego nie zapamiętam na więcej niż pięć minut. Bliższą relację udaje mi się tu nawiązać tylko z kotami. Znam już powoli wszystkie latarnie, domy z pogaszonymi światłami. Ale nic tu nie żyje, moją drogę do domu pokonuję w samotności. Jakbym żyła w opuszczonym miasteczku. I robi mi się smutno, że pewnie to się nie zmieni. Nie mam już odwagi pięciolatki, żeby podejść do kogoś, przedstawić się i po prostu go poznać. Za mało socjalna i za mało zdesperowana jestem. Inni chyba też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz