Stacja. Pada deszcz. Bruk peronu jest już wilgotny, co odbiera mi właściwie ostatnie miejsce do siedzenia (te cztery metalowe krzesła są dawno już zajęte od ludzi czekających jeszcze dłużej niż ja). Poprawiam czapkę i łokciami opieram się o siatkowy płot. Kawałek za nim siedzibę ma firma dostarczająca kontenery na śmieci. Wyczuwam ich subtelną woń, a może to resztki, które zapodziały się razem ze złomem na jego sporej górze kawałek dalej, w skupie?
Kolorystyka tego wszystkiego jest taka spokojna, mleczno-szara. Nawet drzewa nie są już intensywnie ani żółte, ani zielone. Chmury, chowające za sobą światło, nawet złotym liściom odebrały blask. Jest to jakiś estetyczny dysonans - z jednej strony mam przed sobą świeżo oblane deszczem, przerdzewiałe kontenery, w których zwykle wywozi się gruz. Jeszcze bardziej pordzewiałe wanny, szczątki lodówek, druty, nawet kawałki płotów czy łopat. Budynki o tynku brudnym tak, że nie da się stwierdzić, jaki pierwotnie miały kolor. Ale delikatne barwy sprawiają, że wszystko to jest jakieś pastelowe, że mógłby to być melancholijny obraz, zdjęcie o ambicjach nieco wyższych niż Instagram.
Pociąg przyjeżdża, kaloryfery już grzeją. Jest mi duszno, śluzówki wysychają mi i czuję się jeszcze gorzej. Ratuje mnie butelka wody w torbie i słuchawki na uszach. Kolejny raz pokonuję tę samą, krótką drogę. Znam widoki za oknem na pamięć, tak samo jak wiem, co zastanę po dotarciu na mój peron.
Buty mam już opryskane błotem, idę sama środkiem drogi. Chodnika nie ma, innych pieszych zresztą też. Samochody czasem jeżdżą, ale i tak zdążę je zauważyć. Mogę więc komfortowo wybierać sobie najbardziej suche ścieżki i pocieszać się, że na wiosnę będzie gorzej.
W domu zdejmuję przemoczone spodnie, zmieniam bluzę na cieplejszą. Owijam się kołdrą w pościeli z Ikei, w ikeowym kubku zalewam wrzątkiem herbatę. Ratuje mnie myśl, że gdzieś jest taka Szwecja, gdzie pachnie jak w Ikei, pociągi się nie spóźniają, a wszyscy ludzie są piękni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz