niedziela, 26 maja 2013

powietrze

Coś jest mocno nie tak, nie wygląda tak jak powinno. Staram się, ale nie umiem tego zmienić. Jakoś mnie to męczy, z jednej strony chcę znów go zobaczyć, z drugiej strony nie jest to aż tak upragniona wizja jaką powinno być. Jestem złą dziewczyną. Czyżbym przestała być wiernym szczeniaczkiem, na każde zawołanie tego, kto gotów jest mi okazać choć minimalną uwagę?

Taki oddech chyba się przyda wszystkim, jestem pewna, że każdy ma mnie już dość, uzależnionej od innych, nie radzącej sobie samej.

piątek, 24 maja 2013

zapadanie się

Wtorek. We wtorek było wspaniale. Nie pożegnaliśmy się, ale przecież mi w końcu udało się coś osiągnąć. Zwycięska fajka za kościołem, absurdalny śmiech. Rower. Zmęczenie i satysfakcja. Tak właśnie wyglądał ten dzień. Wygrałam go. Ale dziś znów uświadomiłam sobie, zaraz po powrocie do domu, że moje życie jest okropnie puste i bezsensowne. Może wychodzenie do sklepu w dresie, oglądanie seriali i jedzenie nie jest takie kuszące, kiedy możesz to robić. Naprawdę żałuję, że jednak nie wyszłam dziś z domu i tak strasznie zazdroszczę ludziom, którzy nie ryczą teraz zawinięci w koc. Znam kilka takich, nawet dość dobrze. I mam nadzieję, że to się nie zmieni. Że wszystko wróci do normy, że nie będziemy musieli do niczego się przyznawać. Że ja też nie zrobię niczego głupiego.

Jak na przykład, łamanie obietnic.

Odgrzebywanie starych numerów telefonów.

Kontaktowanie się z niewłaściwymi ludźmi.

Nie wiem za kim tęsknie tak naprawdę.

poniedziałek, 20 maja 2013

balansując

Nie mogę złapać równowagi, biegam gdzieś pomiędzy byciem niesamowicie rozbawioną życiem a rozpaczą z jego powodu. Raz czuję, że mam do tego dystans, że wszystko mam pod kontrolą, że nie będzie źle. Chwilę później jestem przerażona, rozpłakana i chcę uciec, skończyć to jak najszybciej. Nie umiem znaleźć motywacji do zrobienia czegokolwiek. Do zaczęcia jakiegoś działania, poprawy siebie. Wiem, że jest źle. Wiem co powinnam robić. Ale trudno jest mi spiąć poślady i faktycznie coś zacząć.

Moje życie zmienia się w jeden wielki, apatyczny sen, z którego za chwilę mam się obudzić. Może to dlatego, że absurdalnie czasami jest wspaniale, chociaż ogólnie nie powinnam chyba myśleć o czymś nie będącym podkładaniem się pod pociągi regio spółki Przewozy Regionalne z Gniezna do Poznania Głównego.

Mam nieciekawą twarz, inteligencję zdecydowanie niewybitną, wzrost poniżej przeciętnej, brak szczególnych talentów czy zapierających dech uzdolnień. To jest ten moment, kiedy czuję, że nawet, gdy się staram, nic w życiu nie osiągam. Kiedy uświadamiam sobie, że może należę do tłumu skazanego na banalną codzienność, że dziecięce marzenia o błyszczeniu jednak się nie spełnią.

Trudno jest nam się przyznać nawet przed samym sobą do tego, jak bardzo potrzebne nam jest uznanie. Choćby czułe spojrzenie w zamian za wykonaną pracę, duma rodziców kiedy prezentuje się swoje umiejętności, wyraz podziwu na twarzach znajomych. Może przesadzam, może faktycznie tak jest, ale czuję, że nie umiem doprowadzić do sytuacji, w której to ja będę za coś doceniona. Czuję bezsilność. Nie to, że nikt mnie nie rozumie, że świat się na mnie uwziął, że życie jest be. Po prostu własną, osobistą beznadziejność. Wiem, czyją jest winą. Rodzice wychowali mnie przecież na kogoś lepszego, z ambicjami. Znajomi korzystają ze swoich talentów. Nauczyciele starają się motywować. A ja siedzę w miejscu, od lat, niewzruszona, czasem tylko zakręci mi się łza w oku. Patrzę przed siebie i widzę ladę osiedlowego marketu, szklanki gratis do denaturatu i frustrację we własnych oczach.

sobota, 11 maja 2013

Budzenie się w miejscach nie będących Twoimi ramionami

Budzę się nieświadoma czasu, w ciszy nieprzerywanej niczyim oddechem i staram się odnaleźć. Tracę dzień pod kocem, przed ekranem. Czuję, że muszę zacząć robić cokolwiek, bo niedługo oszaleję. Chwytam się półśrodków, piekę, gotuję, maluję bzdety. Nie ma to żadnego sensu, dalej jest tak samo beznadziejnie.

Zastanawiam się, co nadałoby jakąś celowość temu wszystkiemu, co sprawiłoby, że mogłabym się jakoś odnaleźć. Nie wiem co będzie potem, i boję się, że lepiej teraz o tym nie myśleć. Wyobrażenia mają zwyczaj zmieniać się w marzenia, a marzenia często uparcie nie chcą się spełniać. Najłatwiej byłoby poddać się już teraz, kiedy jeszcze nie wszystko zdążyło się posypać. Bo już teraz wszystkie drobne nieprzyjemności ze strony ludzi bolą mnie bardziej, niż powinny. Nie umiem się już nie przejmować, może to dla mnie lepiej?

Ale stałam się tchórzem. Już bym nie umiała tak po prostu, zaczęłam się bać. Nie wiem, czy bólu, czy tego co jest po nim, czy po prostu mam głupią nadzieję na poprawę. A może boję się, jak zwykle egoistycznie, że jednak nie znaczę aż tyle, ile bym chciała.