Tak łatwo ulegam emocjom, uczuciom, hormonom, chorobom i ludziom, że sama nie wiem już, co jest tą prawdziwą mną. Co nie jest spowodowane chwilą, ale było we mnie od zawsze. Jak zachowywałabym się teraz, gdyby dzisiejszy dzień przebiegł inaczej? A gdyby nie było ostatniego roku? Nie wiem nawet, kiedy byłam w gorszym stanie psychicznym. Wtedy umiałam znaleźć więcej oparcia w sobie samej, ale byłam przecież na skraju tego wszystkiego, na progu niszczenia własnej świadomości, i tak często myślałam o skończeniu ze sobą. Dzisiaj nie wydaje się to takie bez sensu jak w inne, lepsze dni. Dzisiaj jestem sama ze sobą, ale nie potrafię sobie pomagać. Tam, gdzie kiedyś były resztki motywacji, została pustka, zjadłam ją pewnie z którąś tabliczką "przepłakanej" czekolady.
Proste rozwiązanie jest kuszące, zwłaszcza, kiedy można kogoś o nie obwinić. Ale co jeśli musiałabym winić sama siebie, jak teraz? Czy to nie byłby czysty idiotyzm? Chciałabym przez chwilę poczuć tą ulotną ulgę, trochę szczęścia w płynie na palcach.
sobota, 30 marca 2013
czwartek, 28 marca 2013
księżniczka Kiziakówna na zamku.
Kiziak to jedna ze szczęśliwszych rzeczy, która mi się przytrafiła. Jest ciepły, miękki i duży. Można się w nim chować, używać go jako kocyk albo kołdrę. W wersji bezfutrzanej jest praktycznie całoroczny. Chroni przed deszczem. Ma spore kieszenie. Jest o wiele bardziej praktyczny niż ja.
Kiedy założyłam go po raz pierwszy, wydał mi się najpiękniejszy na świecie. Nie był zwykłą parką, otoczona tym całym futerkiem byłam trochę księżniczką. Pasował mi z jakiegoś powodu do czerwonego lakieru na paznokciach, co faktycznie się sprawdzało, dopóki nie stwierdziłam, że dopasowywanie koloru paznokci do kurtki jest co najmniej niemądre.
Lubiłam wkładać na siebie Kiziak, rozpuszczać włosy i czuć się jak najpiękniejsza kobieta w mieście. Nie wiem co właściwie sprawiało, że tak się czułam. Pewnie magia. Ta sama, która sprawia, że ze swetrem pod spodem mogę chodzić w rozpiętym Kiziaku przy -10 stopniach.
Tylko że teraz futro wydaje mi się przykrym obowiązkiem. Sam Kiziak jest duży, ciężki i bardzo niewiosenny. Sięga mi przed kolano, co skutecznie mnie skraca i wyglądam jak krasnoludek. O ile w ogóle wyglądam, bo często gubię się i nie widać mnie wcale. Albo bardzo niekorzystnie. Włosy mam rozwiane w szopę, bo Kiziak rozwala mi je na boki, żadne uczesanie się go nie trzyma. Komin i szal nie układają się w nim, czapki wyglądają do tego wszystkiego tragicznie, bo moja twarz jest wtedy mała i niewidoczna. Nie pasują do niego żadne buty, wszystkie ubrania są przez niego zasłonięte, równie dobrze mogłabym chodzić we włosienicy. No i co to w ogóle za pomysł, kupować o cztery rozmiary za dużą parkę?
Tak podsumowuję moje życie. I chociaż miłość do Kiziaka jest trochę trudniejsza, to trwam w niej, następnej zimy znów będę skakać ze szczęścia, że go mam.
Ale teraz dajcie już wiosnę, srsly.
Kiedy założyłam go po raz pierwszy, wydał mi się najpiękniejszy na świecie. Nie był zwykłą parką, otoczona tym całym futerkiem byłam trochę księżniczką. Pasował mi z jakiegoś powodu do czerwonego lakieru na paznokciach, co faktycznie się sprawdzało, dopóki nie stwierdziłam, że dopasowywanie koloru paznokci do kurtki jest co najmniej niemądre.
Lubiłam wkładać na siebie Kiziak, rozpuszczać włosy i czuć się jak najpiękniejsza kobieta w mieście. Nie wiem co właściwie sprawiało, że tak się czułam. Pewnie magia. Ta sama, która sprawia, że ze swetrem pod spodem mogę chodzić w rozpiętym Kiziaku przy -10 stopniach.
Tylko że teraz futro wydaje mi się przykrym obowiązkiem. Sam Kiziak jest duży, ciężki i bardzo niewiosenny. Sięga mi przed kolano, co skutecznie mnie skraca i wyglądam jak krasnoludek. O ile w ogóle wyglądam, bo często gubię się i nie widać mnie wcale. Albo bardzo niekorzystnie. Włosy mam rozwiane w szopę, bo Kiziak rozwala mi je na boki, żadne uczesanie się go nie trzyma. Komin i szal nie układają się w nim, czapki wyglądają do tego wszystkiego tragicznie, bo moja twarz jest wtedy mała i niewidoczna. Nie pasują do niego żadne buty, wszystkie ubrania są przez niego zasłonięte, równie dobrze mogłabym chodzić we włosienicy. No i co to w ogóle za pomysł, kupować o cztery rozmiary za dużą parkę?
Tak podsumowuję moje życie. I chociaż miłość do Kiziaka jest trochę trudniejsza, to trwam w niej, następnej zimy znów będę skakać ze szczęścia, że go mam.
Ale teraz dajcie już wiosnę, srsly.
poniedziałek, 18 marca 2013
córka muminków
Mieszkam zamknięta w Dolinie Muminków, słuchając wiatru w kominie, szurania pod dachem i pod moim łóżkiem. Za oknem mam śnieg, trochę pustych budynków-zombie, gdzieś w oddali inne cywilizacje. Widać tu czasem gwiazdy, jeśli dostatecznie późno wystawi się nos poza dom. Widać też zwierzęta, które podchodzą blisko, pragnąc uczucia. Jest trochę bajkowo, a trochę jak z horroru. Ale ja lubię myśleć, że tutaj jestem właśnie we własnej bajce, we własnej Dolinie Muminków. Że to takie drugie życie, do którego nie ma dostępu całe zło, że zostawiam je za sobą codziennie, wsiadając do pociągu i bezpiecznie uciekając.
Tylko czasami chciałabym, żeby ta bajka była nie tylko moja. Dlatego lubię siedzieć tu w cudzej koszulce i wspominać to, co zostawiam za sobą, co nigdy nie będzie tak do końca częścią mnie.
Tylko czasami chciałabym, żeby ta bajka była nie tylko moja. Dlatego lubię siedzieć tu w cudzej koszulce i wspominać to, co zostawiam za sobą, co nigdy nie będzie tak do końca częścią mnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)