Kiziak to jedna ze szczęśliwszych rzeczy, która mi się przytrafiła. Jest ciepły, miękki i duży. Można się w nim chować, używać go jako kocyk albo kołdrę. W wersji bezfutrzanej jest praktycznie całoroczny. Chroni przed deszczem. Ma spore kieszenie. Jest o wiele bardziej praktyczny niż ja.
Kiedy założyłam go po raz pierwszy, wydał mi się najpiękniejszy na świecie. Nie był zwykłą parką, otoczona tym całym futerkiem byłam trochę księżniczką. Pasował mi z jakiegoś powodu do czerwonego lakieru na paznokciach, co faktycznie się sprawdzało, dopóki nie stwierdziłam, że dopasowywanie koloru paznokci do kurtki jest co najmniej niemądre.
Lubiłam wkładać na siebie Kiziak, rozpuszczać włosy i czuć się jak najpiękniejsza kobieta w mieście. Nie wiem co właściwie sprawiało, że tak się czułam. Pewnie magia. Ta sama, która sprawia, że ze swetrem pod spodem mogę chodzić w rozpiętym Kiziaku przy -10 stopniach.
Tylko że teraz futro wydaje mi się przykrym obowiązkiem. Sam Kiziak jest duży, ciężki i bardzo niewiosenny. Sięga mi przed kolano, co skutecznie mnie skraca i wyglądam jak krasnoludek. O ile w ogóle wyglądam, bo często gubię się i nie widać mnie wcale. Albo bardzo niekorzystnie. Włosy mam rozwiane w szopę, bo Kiziak rozwala mi je na boki, żadne uczesanie się go nie trzyma. Komin i szal nie układają się w nim, czapki wyglądają do tego wszystkiego tragicznie, bo moja twarz jest wtedy mała i niewidoczna. Nie pasują do niego żadne buty, wszystkie ubrania są przez niego zasłonięte, równie dobrze mogłabym chodzić we włosienicy. No i co to w ogóle za pomysł, kupować o cztery rozmiary za dużą parkę?
Tak podsumowuję moje życie. I chociaż miłość do Kiziaka jest trochę trudniejsza, to trwam w niej, następnej zimy znów będę skakać ze szczęścia, że go mam.
Ale teraz dajcie już wiosnę, srsly.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz