Stacja. Pada deszcz. Bruk peronu jest już wilgotny, co odbiera mi właściwie ostatnie miejsce do siedzenia (te cztery metalowe krzesła są dawno już zajęte od ludzi czekających jeszcze dłużej niż ja). Poprawiam czapkę i łokciami opieram się o siatkowy płot. Kawałek za nim siedzibę ma firma dostarczająca kontenery na śmieci. Wyczuwam ich subtelną woń, a może to resztki, które zapodziały się razem ze złomem na jego sporej górze kawałek dalej, w skupie?
Kolorystyka tego wszystkiego jest taka spokojna, mleczno-szara. Nawet drzewa nie są już intensywnie ani żółte, ani zielone. Chmury, chowające za sobą światło, nawet złotym liściom odebrały blask. Jest to jakiś estetyczny dysonans - z jednej strony mam przed sobą świeżo oblane deszczem, przerdzewiałe kontenery, w których zwykle wywozi się gruz. Jeszcze bardziej pordzewiałe wanny, szczątki lodówek, druty, nawet kawałki płotów czy łopat. Budynki o tynku brudnym tak, że nie da się stwierdzić, jaki pierwotnie miały kolor. Ale delikatne barwy sprawiają, że wszystko to jest jakieś pastelowe, że mógłby to być melancholijny obraz, zdjęcie o ambicjach nieco wyższych niż Instagram.
Pociąg przyjeżdża, kaloryfery już grzeją. Jest mi duszno, śluzówki wysychają mi i czuję się jeszcze gorzej. Ratuje mnie butelka wody w torbie i słuchawki na uszach. Kolejny raz pokonuję tę samą, krótką drogę. Znam widoki za oknem na pamięć, tak samo jak wiem, co zastanę po dotarciu na mój peron.
Buty mam już opryskane błotem, idę sama środkiem drogi. Chodnika nie ma, innych pieszych zresztą też. Samochody czasem jeżdżą, ale i tak zdążę je zauważyć. Mogę więc komfortowo wybierać sobie najbardziej suche ścieżki i pocieszać się, że na wiosnę będzie gorzej.
W domu zdejmuję przemoczone spodnie, zmieniam bluzę na cieplejszą. Owijam się kołdrą w pościeli z Ikei, w ikeowym kubku zalewam wrzątkiem herbatę. Ratuje mnie myśl, że gdzieś jest taka Szwecja, gdzie pachnie jak w Ikei, pociągi się nie spóźniają, a wszyscy ludzie są piękni.
czwartek, 24 października 2013
wtorek, 22 października 2013
irby tremor
Jadę tramwajem, na zewnątrz słońce żółtą plamą rozlewa się po rdzawych liściach. Kałuże błyszczą słodko. A ja po raz kolejny widzę jesień w tym samym miejscu.
Jestem tu już coraz rzadziej, już nie spotykam wciąż tych samych twarzy na przystankach i w sklepach. Jestem trochę odizolowana od tego, od przeszłości. Czasem chciałabym tam wrócić, do wygody, bycia blisko, do spacerów i nocnych autobusów. Przywiązuję się do miejsc chyba bardziej, niż myślałam.
Wychodzę z pociągu, trochę pada. Rozpuszczam włosy, zakładam kaptur i żałuję, że nie zmieszczą mi się pod niego słuchawki. Idę długo, ale po drodze widzę tylko jedną osobę - kolejnego człowieka z psem, którego nie zapamiętam na więcej niż pięć minut. Bliższą relację udaje mi się tu nawiązać tylko z kotami. Znam już powoli wszystkie latarnie, domy z pogaszonymi światłami. Ale nic tu nie żyje, moją drogę do domu pokonuję w samotności. Jakbym żyła w opuszczonym miasteczku. I robi mi się smutno, że pewnie to się nie zmieni. Nie mam już odwagi pięciolatki, żeby podejść do kogoś, przedstawić się i po prostu go poznać. Za mało socjalna i za mało zdesperowana jestem. Inni chyba też.
poniedziałek, 21 października 2013
Ciepło mi
Zakładam puchate skarpetki i otulam się miłymi dźwiękami. Jest mi dziwnie miło, tak zupełnie inaczej niż zwykle. Jest tak, że aż mam ochotę ćwiczyć, siedzieć między ludźmi, jestem wycofana trochę mniej.
I cieszę się pogodą, niedopasowaniem, ciepłymi dniami i zimnymi nocami. Cieszę się nimi pod wielką kołdrą, z ciepłym kotem, z pokładami internetu. I nawet z bieganiem na pociągi i wracaniem w nocy. I chyba z kiepskich koncertów, spadającej czapki. Przemawia przeze mnie desperacki optymizm, to pewnie przez ogromne ilości wchłanianej przeze mnie czekolady.
czwartek, 17 października 2013
Październik kojarzy mi się raczej dobrze
Staram się być tak spokojna jak potrafię. I staram się nie wpadać w panikę, nie bać się odrzucenia. Trochę zaczyna być mi obojętnie, trochę czasem panikuję.
Nie wiem, czy chce mi się być. Czy nie wlałabym się osunąć gdzieś do początków własnej świadomości. Czasami tęsknię do czasów, kiedy jeszcze nie umiałam być szczęśliwa, byłam przyzwyczajona do trwania i oczekiwania na "lepiej". Zawsze bardziej sama i bardziej z boku. Wycofana z towarzystwa, z uczuć. Wszystko bolało mniej. Czemu ktoś nauczył mnie brać świat do siebie?
Przyszła jesień i pod kołdrą potrafi być naprawdę przyjemnie, miło, da się przytulić. Innym razem na dużym łóżku jestem tylko ja i wszystkie lęki, smutne piosenki w mojej głowie, rzeczy, których się obawiam. Marzenia sięgają dalej niż bym chciała i trochę mnie to przeraża i trochę się ich wstydzę.
Trochę mniej boję się opuszczenia, to dobrze. Uczę się tak naprawdę ufać, że może nie tylko ja potrafię się przywiązać i trwać. Może nawet uda mi się to kiedyś pokazać. Chciałabym.
Nie wiem, czy chce mi się być. Czy nie wlałabym się osunąć gdzieś do początków własnej świadomości. Czasami tęsknię do czasów, kiedy jeszcze nie umiałam być szczęśliwa, byłam przyzwyczajona do trwania i oczekiwania na "lepiej". Zawsze bardziej sama i bardziej z boku. Wycofana z towarzystwa, z uczuć. Wszystko bolało mniej. Czemu ktoś nauczył mnie brać świat do siebie?
Przyszła jesień i pod kołdrą potrafi być naprawdę przyjemnie, miło, da się przytulić. Innym razem na dużym łóżku jestem tylko ja i wszystkie lęki, smutne piosenki w mojej głowie, rzeczy, których się obawiam. Marzenia sięgają dalej niż bym chciała i trochę mnie to przeraża i trochę się ich wstydzę.
Trochę mniej boję się opuszczenia, to dobrze. Uczę się tak naprawdę ufać, że może nie tylko ja potrafię się przywiązać i trwać. Może nawet uda mi się to kiedyś pokazać. Chciałabym.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
na rude drzewa, na mokry chodnik
Czekam niecierpliwie na jesień, chociaż ma być trudno. Jednak chcę już spokoju, codzienności, nie rozpływania się mimo ubrania nie zakrywającego niemal nic. Wolę znów otulić się kiziacznym futrem, grubym szalem. Na głowie nosić czapkę z pomponem. Siedzieć pod kocem razem i grzać się, pić ciepłe kakao.
Czekam na jesień długo, ale jeszcze się trzymam. Czasem wieczorem robi się chłodno i siedzieć można w grubej bluzie, albo w domu przykryta warstwą miękkiego polaru i kota. Grzać dłonie o termiczny kubek wypełniony muffinową herbatą można. Uciekać przed deszczem, przytulać się z zimna. Czasem nawet mieć trochę gęsiej skórki i drżeć przez chwilkę.
Czekam na jesień długo, ale jeszcze się trzymam. Czasem wieczorem robi się chłodno i siedzieć można w grubej bluzie, albo w domu przykryta warstwą miękkiego polaru i kota. Grzać dłonie o termiczny kubek wypełniony muffinową herbatą można. Uciekać przed deszczem, przytulać się z zimna. Czasem nawet mieć trochę gęsiej skórki i drżeć przez chwilkę.
poniedziałek, 1 lipca 2013
popołudnie
Jeszcze nie jest tak do końca bezpiecznie, jeszcze się trochę boję.
Zbiera się na burzę, w tle słyszę alarm samochodowy. Chciałabym być teraz obok kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. Nie w domu z ludźmi, których przez całe życie prawie nie poznałam. Co poszło nie tak?
Uciekam gdzie indziej, chociaż to za wcześnie. Czuję się taka niegotowa, chcę więcej czasu.
Grzmi, a ja wolałabym wyjść z domu. Przejść się i pokrzyczeć. Chociaż to głupie i bez sensu.
niedziela, 16 czerwca 2013
Radio Ladio
Nie mogę się doczekać końca, aż weekend będzie trwał wieki. Chcę, żeby siedzenie w domu znów mnie nudziło. Żeby Comedy Central i oglądanie w kółko losowych odcinków pięciu różnych sitcomów przestało być takie kuszące.
Chcę móc spędzić nieograniczoną ilość czasu tak jak chcę, nie przejmując się tym gdzie powinnam teraz być i co powinnam robić.
Chcę zrobić coś, co sprawi, że będę się czuła lepsza. Wziąć się za siebie i coś naprawić. Wyglądać lepiej.
Nie wiem, czy dotrwam tego czasu. Bo nigdy nie będę Horkruksem, nie mam szans na bycie najpiękniejszą kobietą w mieście. I chyba po prostu muszę sobie to uświadomić, przestać marzyć i skupić się na tym, co mogę zrobić. Chociaż wydaje się, że to cholernie mało.
Chcę móc spędzić nieograniczoną ilość czasu tak jak chcę, nie przejmując się tym gdzie powinnam teraz być i co powinnam robić.
Chcę zrobić coś, co sprawi, że będę się czuła lepsza. Wziąć się za siebie i coś naprawić. Wyglądać lepiej.
Nie wiem, czy dotrwam tego czasu. Bo nigdy nie będę Horkruksem, nie mam szans na bycie najpiękniejszą kobietą w mieście. I chyba po prostu muszę sobie to uświadomić, przestać marzyć i skupić się na tym, co mogę zrobić. Chociaż wydaje się, że to cholernie mało.
niedziela, 9 czerwca 2013
Spokojna, wiejska droga.
piątek
Siedzę z K. na trawie gadając o niczym, pijąc zimne piwo. Śmiejemy się, plotkujemy, opowiadamy sobie dziwne sny. Wszystko jest wspaniałe. Idziemy po kolejne piwo, siadamy pod drzewem. W międzyczasie parę razy przechodzimy przez piasek i robi się jak latem. Jakiś czas później żegnamy się, ale ja nie chcę jeszcze wracać do domu. Dzwonię do niego i chwilę później widzę go w tłumie. Pijemy kolejne piwo z jego znajomymi, od obcych ludzi "pożyczam" fajkę. Wszystko jest wspaniale.
Potem żegnamy się na przystanku, przestaję czuć to ciepło. Nie do końca wiem co ze sobą zrobić, skupiam się tylko na chodzeniu mniej więcej prosto. W domu jest mi jakoś nie tak jak być powinno. Czegoś mi brakuje.
sobota
Wracam na rowerze przez wieś. Na niebie widać już tylko ostatnie błyski czerwoności od Słońca schowanego za horyzontem. Z obu moich stron są pola czegoś zielonego i zbożowatego. Jest trochę mgły, Mumfordzi w uszach i swetrowa pogoda. Jest super, beztrosko, mogłabym jeździć tak codziennie, o tej samej porze i w tym samym miejscu. W domu znów coś się psuje, jest mi gorzej. Już nie tak magicznie, tylko bezsensownie.
niedziela
Dziś jest tak cały dzień. Siedzę tu, trochę sprzątałam, żeby nie myśleć. Chciałabym tylko znów znaleźć się w jego ramionach zasnąć w nich, w końcu spokojna. Chciałabym, żeby było dobrze. Beztrosko. Wakacyjnie. Idealnie byłoby cały czas czuć się tak, jak obok niego.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
kilka strasznych rzeczy
Kilka dni niesamowitego stresu, przerażenia i niepewności, które sama sobie wymyśliłam.Chwila ulgi i znów wszystko jest nie tak jakbym chciała. Tęsknie za jakimś mniej problematycznym kiedyś, kiedy było wspaniale. Tęsknie za wypadami na deskę i obserwowaniem burzy spod kołdry. Tęsknie za niewybrednymi żartami i gadaniem o bzdurach. Za niedoświadczeniem i tęsknotą do tego, czego jeszcze nie znam.
Jakoś mi się sypie wszystko na głowę, w dużej mierze z mojej winy. I czuję niemoc, jakbym była zamknięta we śnie obserwując, jak dookoła nic już nie jest takie samo, ale wciąż wygląda niesamowicie realnie. Nawet bardziej realnie niż wtedy, kiedy ubłocone po kolana wracałyśmy nocnymi autobusami próbując nie zasnąć i rozmawiałyśmy o puszczaniu się ustami. I braniu na banana.
Czuję się też cholernie samotna, bo żaden z tych momentów się nie powtórzy, nie tak samo. A ja boję się przyszłości. Tak jak wszystkiego. Potrzebuję wsparcia, przytulenia, poklepania po plecach. Ciepłego głosu, mówiącego, że będzie ok, że życie jest spoko, że nie ma sensu się martwić.
Czy ktokolwiek jeszcze w to wierzy we własne, pocieszające słowa?
Jakoś mi się sypie wszystko na głowę, w dużej mierze z mojej winy. I czuję niemoc, jakbym była zamknięta we śnie obserwując, jak dookoła nic już nie jest takie samo, ale wciąż wygląda niesamowicie realnie. Nawet bardziej realnie niż wtedy, kiedy ubłocone po kolana wracałyśmy nocnymi autobusami próbując nie zasnąć i rozmawiałyśmy o puszczaniu się ustami. I braniu na banana.
Czuję się też cholernie samotna, bo żaden z tych momentów się nie powtórzy, nie tak samo. A ja boję się przyszłości. Tak jak wszystkiego. Potrzebuję wsparcia, przytulenia, poklepania po plecach. Ciepłego głosu, mówiącego, że będzie ok, że życie jest spoko, że nie ma sensu się martwić.
Czy ktokolwiek jeszcze w to wierzy we własne, pocieszające słowa?
niedziela, 26 maja 2013
powietrze
Coś jest mocno nie tak, nie wygląda tak jak powinno. Staram się, ale nie umiem tego zmienić. Jakoś mnie to męczy, z jednej strony chcę znów go zobaczyć, z drugiej strony nie jest to aż tak upragniona wizja jaką powinno być. Jestem złą dziewczyną. Czyżbym przestała być wiernym szczeniaczkiem, na każde zawołanie tego, kto gotów jest mi okazać choć minimalną uwagę?
Taki oddech chyba się przyda wszystkim, jestem pewna, że każdy ma mnie już dość, uzależnionej od innych, nie radzącej sobie samej.
Taki oddech chyba się przyda wszystkim, jestem pewna, że każdy ma mnie już dość, uzależnionej od innych, nie radzącej sobie samej.
piątek, 24 maja 2013
zapadanie się
Wtorek. We wtorek było wspaniale. Nie pożegnaliśmy się, ale przecież mi w końcu udało się coś osiągnąć. Zwycięska fajka za kościołem, absurdalny śmiech. Rower. Zmęczenie i satysfakcja. Tak właśnie wyglądał ten dzień. Wygrałam go. Ale dziś znów uświadomiłam sobie, zaraz po powrocie do domu, że moje życie jest okropnie puste i bezsensowne. Może wychodzenie do sklepu w dresie, oglądanie seriali i jedzenie nie jest takie kuszące, kiedy możesz to robić. Naprawdę żałuję, że jednak nie wyszłam dziś z domu i tak strasznie zazdroszczę ludziom, którzy nie ryczą teraz zawinięci w koc. Znam kilka takich, nawet dość dobrze. I mam nadzieję, że to się nie zmieni. Że wszystko wróci do normy, że nie będziemy musieli do niczego się przyznawać. Że ja też nie zrobię niczego głupiego.
Jak na przykład, łamanie obietnic.
Odgrzebywanie starych numerów telefonów.
Kontaktowanie się z niewłaściwymi ludźmi.
Nie wiem za kim tęsknie tak naprawdę.
Jak na przykład, łamanie obietnic.
Odgrzebywanie starych numerów telefonów.
Kontaktowanie się z niewłaściwymi ludźmi.
Nie wiem za kim tęsknie tak naprawdę.
poniedziałek, 20 maja 2013
balansując
Nie mogę złapać równowagi, biegam gdzieś pomiędzy byciem niesamowicie rozbawioną życiem a rozpaczą z jego powodu. Raz czuję, że mam do tego dystans, że wszystko mam pod kontrolą, że nie będzie źle. Chwilę później jestem przerażona, rozpłakana i chcę uciec, skończyć to jak najszybciej. Nie umiem znaleźć motywacji do zrobienia czegokolwiek. Do zaczęcia jakiegoś działania, poprawy siebie. Wiem, że jest źle. Wiem co powinnam robić. Ale trudno jest mi spiąć poślady i faktycznie coś zacząć.
Moje życie zmienia się w jeden wielki, apatyczny sen, z którego za chwilę mam się obudzić. Może to dlatego, że absurdalnie czasami jest wspaniale, chociaż ogólnie nie powinnam chyba myśleć o czymś nie będącym podkładaniem się pod pociągi regio spółki Przewozy Regionalne z Gniezna do Poznania Głównego.
Mam nieciekawą twarz, inteligencję zdecydowanie niewybitną, wzrost poniżej przeciętnej, brak szczególnych talentów czy zapierających dech uzdolnień. To jest ten moment, kiedy czuję, że nawet, gdy się staram, nic w życiu nie osiągam. Kiedy uświadamiam sobie, że może należę do tłumu skazanego na banalną codzienność, że dziecięce marzenia o błyszczeniu jednak się nie spełnią.
Trudno jest nam się przyznać nawet przed samym sobą do tego, jak bardzo potrzebne nam jest uznanie. Choćby czułe spojrzenie w zamian za wykonaną pracę, duma rodziców kiedy prezentuje się swoje umiejętności, wyraz podziwu na twarzach znajomych. Może przesadzam, może faktycznie tak jest, ale czuję, że nie umiem doprowadzić do sytuacji, w której to ja będę za coś doceniona. Czuję bezsilność. Nie to, że nikt mnie nie rozumie, że świat się na mnie uwziął, że życie jest be. Po prostu własną, osobistą beznadziejność. Wiem, czyją jest winą. Rodzice wychowali mnie przecież na kogoś lepszego, z ambicjami. Znajomi korzystają ze swoich talentów. Nauczyciele starają się motywować. A ja siedzę w miejscu, od lat, niewzruszona, czasem tylko zakręci mi się łza w oku. Patrzę przed siebie i widzę ladę osiedlowego marketu, szklanki gratis do denaturatu i frustrację we własnych oczach.
Moje życie zmienia się w jeden wielki, apatyczny sen, z którego za chwilę mam się obudzić. Może to dlatego, że absurdalnie czasami jest wspaniale, chociaż ogólnie nie powinnam chyba myśleć o czymś nie będącym podkładaniem się pod pociągi regio spółki Przewozy Regionalne z Gniezna do Poznania Głównego.
Mam nieciekawą twarz, inteligencję zdecydowanie niewybitną, wzrost poniżej przeciętnej, brak szczególnych talentów czy zapierających dech uzdolnień. To jest ten moment, kiedy czuję, że nawet, gdy się staram, nic w życiu nie osiągam. Kiedy uświadamiam sobie, że może należę do tłumu skazanego na banalną codzienność, że dziecięce marzenia o błyszczeniu jednak się nie spełnią.
Trudno jest nam się przyznać nawet przed samym sobą do tego, jak bardzo potrzebne nam jest uznanie. Choćby czułe spojrzenie w zamian za wykonaną pracę, duma rodziców kiedy prezentuje się swoje umiejętności, wyraz podziwu na twarzach znajomych. Może przesadzam, może faktycznie tak jest, ale czuję, że nie umiem doprowadzić do sytuacji, w której to ja będę za coś doceniona. Czuję bezsilność. Nie to, że nikt mnie nie rozumie, że świat się na mnie uwziął, że życie jest be. Po prostu własną, osobistą beznadziejność. Wiem, czyją jest winą. Rodzice wychowali mnie przecież na kogoś lepszego, z ambicjami. Znajomi korzystają ze swoich talentów. Nauczyciele starają się motywować. A ja siedzę w miejscu, od lat, niewzruszona, czasem tylko zakręci mi się łza w oku. Patrzę przed siebie i widzę ladę osiedlowego marketu, szklanki gratis do denaturatu i frustrację we własnych oczach.
sobota, 11 maja 2013
Budzenie się w miejscach nie będących Twoimi ramionami
Budzę się nieświadoma czasu, w ciszy nieprzerywanej niczyim oddechem i staram się odnaleźć. Tracę dzień pod kocem, przed ekranem. Czuję, że muszę zacząć robić cokolwiek, bo niedługo oszaleję. Chwytam się półśrodków, piekę, gotuję, maluję bzdety. Nie ma to żadnego sensu, dalej jest tak samo beznadziejnie.
Zastanawiam się, co nadałoby jakąś celowość temu wszystkiemu, co sprawiłoby, że mogłabym się jakoś odnaleźć. Nie wiem co będzie potem, i boję się, że lepiej teraz o tym nie myśleć. Wyobrażenia mają zwyczaj zmieniać się w marzenia, a marzenia często uparcie nie chcą się spełniać. Najłatwiej byłoby poddać się już teraz, kiedy jeszcze nie wszystko zdążyło się posypać. Bo już teraz wszystkie drobne nieprzyjemności ze strony ludzi bolą mnie bardziej, niż powinny. Nie umiem się już nie przejmować, może to dla mnie lepiej?
Ale stałam się tchórzem. Już bym nie umiała tak po prostu, zaczęłam się bać. Nie wiem, czy bólu, czy tego co jest po nim, czy po prostu mam głupią nadzieję na poprawę. A może boję się, jak zwykle egoistycznie, że jednak nie znaczę aż tyle, ile bym chciała.
wtorek, 9 kwietnia 2013
Czystość
Układam kolorami pisaki w szufladzie, ubrania równo składam na półkach, lub przewieszam kategoriami. Zmywam z zębów jedzenie pastą i kurz z parapetu. Wyrzucam kartki, zapiski, kartkówki, ksera i opakowania. Nie jem. Kolejny raz biorę prysznic, dłuższy, niż potrzeba. Skrupulatnie myję twarz, najpierw demakijaż, peeling, tonik.
To wszystko jest mi potrzebne, żebym mogła czuć się czysto. Brudna nienawidzę siebie, czuję, że trochę umieram. Nie wiem czemu przeszkadza mi w tym jedzenie, ani czemu inni ludzie nie mają z tym problemu. Nie mogę kłaść się brudna całym dniem, myślami i słabościami, kalać białej pościeli. Nie chcę. Nie umiem zacząć dnia inaczej, niż od zmycia z siebie nocy, snów, marzeń, koszmarów, bólów głowy.
Podobno to niezdrowe. Że od tego alergie, słaba odporność i takie tam. Ale chyba wolę narazić się na kilka dni kataru, niż być nieczystą, splamioną, mając wrażenie, że każda osoba patrząc mi w twarz czy idąc obok widzi to wszystko, co mam na sobie. Każde dobro i zło, które noszę pod skórą, widoczne jest na twarzy, dłoniach i wyczuwalne w moim zapachu.
Sprzątam więc też dookoła siebie, rzucając się na wszystko, mając ochotę tylko wyrzucać. Nie chcę niepotrzebnych rzeczy w zasięgu wzroku. Przecież wtedy kolejna rzecz we mnie będzie nieidealna, niespełniająca wymagań, do poprawy. A o tych wszystkich banałach wolę pamiętać, niż musieć je oglądać,dotykać i sprzątać, każdego dnia na nowo. Nie wierzę w pamiątki.
sobota, 30 marca 2013
Tak łatwo ulegam emocjom, uczuciom, hormonom, chorobom i ludziom, że sama nie wiem już, co jest tą prawdziwą mną. Co nie jest spowodowane chwilą, ale było we mnie od zawsze. Jak zachowywałabym się teraz, gdyby dzisiejszy dzień przebiegł inaczej? A gdyby nie było ostatniego roku? Nie wiem nawet, kiedy byłam w gorszym stanie psychicznym. Wtedy umiałam znaleźć więcej oparcia w sobie samej, ale byłam przecież na skraju tego wszystkiego, na progu niszczenia własnej świadomości, i tak często myślałam o skończeniu ze sobą. Dzisiaj nie wydaje się to takie bez sensu jak w inne, lepsze dni. Dzisiaj jestem sama ze sobą, ale nie potrafię sobie pomagać. Tam, gdzie kiedyś były resztki motywacji, została pustka, zjadłam ją pewnie z którąś tabliczką "przepłakanej" czekolady.
Proste rozwiązanie jest kuszące, zwłaszcza, kiedy można kogoś o nie obwinić. Ale co jeśli musiałabym winić sama siebie, jak teraz? Czy to nie byłby czysty idiotyzm? Chciałabym przez chwilę poczuć tą ulotną ulgę, trochę szczęścia w płynie na palcach.
Proste rozwiązanie jest kuszące, zwłaszcza, kiedy można kogoś o nie obwinić. Ale co jeśli musiałabym winić sama siebie, jak teraz? Czy to nie byłby czysty idiotyzm? Chciałabym przez chwilę poczuć tą ulotną ulgę, trochę szczęścia w płynie na palcach.
czwartek, 28 marca 2013
księżniczka Kiziakówna na zamku.
Kiziak to jedna ze szczęśliwszych rzeczy, która mi się przytrafiła. Jest ciepły, miękki i duży. Można się w nim chować, używać go jako kocyk albo kołdrę. W wersji bezfutrzanej jest praktycznie całoroczny. Chroni przed deszczem. Ma spore kieszenie. Jest o wiele bardziej praktyczny niż ja.
Kiedy założyłam go po raz pierwszy, wydał mi się najpiękniejszy na świecie. Nie był zwykłą parką, otoczona tym całym futerkiem byłam trochę księżniczką. Pasował mi z jakiegoś powodu do czerwonego lakieru na paznokciach, co faktycznie się sprawdzało, dopóki nie stwierdziłam, że dopasowywanie koloru paznokci do kurtki jest co najmniej niemądre.
Lubiłam wkładać na siebie Kiziak, rozpuszczać włosy i czuć się jak najpiękniejsza kobieta w mieście. Nie wiem co właściwie sprawiało, że tak się czułam. Pewnie magia. Ta sama, która sprawia, że ze swetrem pod spodem mogę chodzić w rozpiętym Kiziaku przy -10 stopniach.
Tylko że teraz futro wydaje mi się przykrym obowiązkiem. Sam Kiziak jest duży, ciężki i bardzo niewiosenny. Sięga mi przed kolano, co skutecznie mnie skraca i wyglądam jak krasnoludek. O ile w ogóle wyglądam, bo często gubię się i nie widać mnie wcale. Albo bardzo niekorzystnie. Włosy mam rozwiane w szopę, bo Kiziak rozwala mi je na boki, żadne uczesanie się go nie trzyma. Komin i szal nie układają się w nim, czapki wyglądają do tego wszystkiego tragicznie, bo moja twarz jest wtedy mała i niewidoczna. Nie pasują do niego żadne buty, wszystkie ubrania są przez niego zasłonięte, równie dobrze mogłabym chodzić we włosienicy. No i co to w ogóle za pomysł, kupować o cztery rozmiary za dużą parkę?
Tak podsumowuję moje życie. I chociaż miłość do Kiziaka jest trochę trudniejsza, to trwam w niej, następnej zimy znów będę skakać ze szczęścia, że go mam.
Ale teraz dajcie już wiosnę, srsly.
Kiedy założyłam go po raz pierwszy, wydał mi się najpiękniejszy na świecie. Nie był zwykłą parką, otoczona tym całym futerkiem byłam trochę księżniczką. Pasował mi z jakiegoś powodu do czerwonego lakieru na paznokciach, co faktycznie się sprawdzało, dopóki nie stwierdziłam, że dopasowywanie koloru paznokci do kurtki jest co najmniej niemądre.
Lubiłam wkładać na siebie Kiziak, rozpuszczać włosy i czuć się jak najpiękniejsza kobieta w mieście. Nie wiem co właściwie sprawiało, że tak się czułam. Pewnie magia. Ta sama, która sprawia, że ze swetrem pod spodem mogę chodzić w rozpiętym Kiziaku przy -10 stopniach.
Tylko że teraz futro wydaje mi się przykrym obowiązkiem. Sam Kiziak jest duży, ciężki i bardzo niewiosenny. Sięga mi przed kolano, co skutecznie mnie skraca i wyglądam jak krasnoludek. O ile w ogóle wyglądam, bo często gubię się i nie widać mnie wcale. Albo bardzo niekorzystnie. Włosy mam rozwiane w szopę, bo Kiziak rozwala mi je na boki, żadne uczesanie się go nie trzyma. Komin i szal nie układają się w nim, czapki wyglądają do tego wszystkiego tragicznie, bo moja twarz jest wtedy mała i niewidoczna. Nie pasują do niego żadne buty, wszystkie ubrania są przez niego zasłonięte, równie dobrze mogłabym chodzić we włosienicy. No i co to w ogóle za pomysł, kupować o cztery rozmiary za dużą parkę?
Tak podsumowuję moje życie. I chociaż miłość do Kiziaka jest trochę trudniejsza, to trwam w niej, następnej zimy znów będę skakać ze szczęścia, że go mam.
Ale teraz dajcie już wiosnę, srsly.
poniedziałek, 18 marca 2013
córka muminków
Mieszkam zamknięta w Dolinie Muminków, słuchając wiatru w kominie, szurania pod dachem i pod moim łóżkiem. Za oknem mam śnieg, trochę pustych budynków-zombie, gdzieś w oddali inne cywilizacje. Widać tu czasem gwiazdy, jeśli dostatecznie późno wystawi się nos poza dom. Widać też zwierzęta, które podchodzą blisko, pragnąc uczucia. Jest trochę bajkowo, a trochę jak z horroru. Ale ja lubię myśleć, że tutaj jestem właśnie we własnej bajce, we własnej Dolinie Muminków. Że to takie drugie życie, do którego nie ma dostępu całe zło, że zostawiam je za sobą codziennie, wsiadając do pociągu i bezpiecznie uciekając.
Tylko czasami chciałabym, żeby ta bajka była nie tylko moja. Dlatego lubię siedzieć tu w cudzej koszulce i wspominać to, co zostawiam za sobą, co nigdy nie będzie tak do końca częścią mnie.
Tylko czasami chciałabym, żeby ta bajka była nie tylko moja. Dlatego lubię siedzieć tu w cudzej koszulce i wspominać to, co zostawiam za sobą, co nigdy nie będzie tak do końca częścią mnie.
piątek, 8 lutego 2013
do you mind?
Powiedziałam za dużo, straciłam kontrolę, przy Tobie po raz pierwszy. Chociaż tyle razy miałam ochotę wykrzyczeć Ci w twarz, i myślałam, głupia, że może to coś zmieni, że zrozumiesz, że już będzie lepiej. I mimo, że nie słyszałeś wszystkiego, to już wystarczyło, a przecież jest o wiele więcej. Może się domyślasz.
Nie usłyszałeś tego wprost, tak jak ja tyle czasu temu, i pewnie domyślasz się, że za duży ze mnie tchórz. Ale przecież ludzie robią głupie rzeczy i ja robię dużo głupich rzeczy. Ty chyba też. I mam ochotę zrobić krzywdę nam obojgu, bo nie mogę wytrzymać tych bezsensownych momentów. Jest trochę jak za dawnych lat, w domu chowam twarz, i mam chęć schowania w dłoni nożyczek, ukrywam się i zmyślam. Marzę o kimś, kto by mnie stąd wyrwał, czy też raczej o tym, żebyś Ty mnie wyrwał i nie pytał, i żeby już było cudownie, tak jak miało być.
Mam blokadę wszystkiego, jestem zawieszona. Napisanie tych kilku zdań jest jedynym zajęciem, które wymaga ode mnie myślenia, jakiego dziś się podjęłam. Paraliżuje mnie strach, że to się skończy tak po prostu, że skończę się i ja, razem z tym, że głupie rzeczy znów będą przychodzić mi do głowy.
Może dawny przyjaciel miał rację, powinnam się była wyleczyć, a nie zarażać ludzi. Nie wciągać nikogo w siebie, w moją chorobę, która towarzyszy mi już tyle czasu. A było tak dobrze, momentami było tak wspaniale.
Chcę powrotu naszego dolce vita, ale czy ono w ogóle istniało?
Nie usłyszałeś tego wprost, tak jak ja tyle czasu temu, i pewnie domyślasz się, że za duży ze mnie tchórz. Ale przecież ludzie robią głupie rzeczy i ja robię dużo głupich rzeczy. Ty chyba też. I mam ochotę zrobić krzywdę nam obojgu, bo nie mogę wytrzymać tych bezsensownych momentów. Jest trochę jak za dawnych lat, w domu chowam twarz, i mam chęć schowania w dłoni nożyczek, ukrywam się i zmyślam. Marzę o kimś, kto by mnie stąd wyrwał, czy też raczej o tym, żebyś Ty mnie wyrwał i nie pytał, i żeby już było cudownie, tak jak miało być.
Mam blokadę wszystkiego, jestem zawieszona. Napisanie tych kilku zdań jest jedynym zajęciem, które wymaga ode mnie myślenia, jakiego dziś się podjęłam. Paraliżuje mnie strach, że to się skończy tak po prostu, że skończę się i ja, razem z tym, że głupie rzeczy znów będą przychodzić mi do głowy.
Może dawny przyjaciel miał rację, powinnam się była wyleczyć, a nie zarażać ludzi. Nie wciągać nikogo w siebie, w moją chorobę, która towarzyszy mi już tyle czasu. A było tak dobrze, momentami było tak wspaniale.
Chcę powrotu naszego dolce vita, ale czy ono w ogóle istniało?
poniedziałek, 4 lutego 2013
hero
Rysuję łosie, oglądam sarny za oknem, zbieram pomysły. Na wszystko. Może powoli odżywa we mnie to, czego kiedyś było więcej, chęci robienia rzeczy. Może w końcu będę miała jakiekolwiek perspektywy na radzenie sobie ze sobą i ze światem. Bo przecież zaczyna się sezon na szejki z McDonalda, można więc planować bieganie w trampkach i szortach, na nowo wyrobić nawyk poprawiania okularów słonecznych na nosie, wypiąć kiziaka z kurtki i zgubić kolejną parę rękawiczek. I czekam, aż będzie jeszcze trochę bardziej beztrosko, faktycznie dam sobie spokój z niektórymi rzeczami i myślami.
Muzycznie trochę powrotów, do czasów nawet jeszcze Przed, generalnie uczucie gimbazjalnej Moniki po raz kolejny. Roztopy tak na mnie działają, rozmrażam się razem z całą resztą. Kto by się spodziewał, przecież nienawidzę wiosny.
Muzycznie trochę powrotów, do czasów nawet jeszcze Przed, generalnie uczucie gimbazjalnej Moniki po raz kolejny. Roztopy tak na mnie działają, rozmrażam się razem z całą resztą. Kto by się spodziewał, przecież nienawidzę wiosny.
niedziela, 27 stycznia 2013
kosmos.
Totalnie wyprana z życia, czuję się że mogłabym tak resztę życia wegetować jak teraz. W rytmie muzyki, moich starych i nowych przyjaciół, powoli mam dość jeszcze bardziej, ale odwlekam ten moment, kiedy faktycznie coś zrobić będę musiała. Przestałam się może przejmować rzeczami, wszystkim, jak kiedyś. Ale teraz mam tylko uczucie, że to mi ucieka, nie mam tego, do czego się przyzwyczaiłam, opuszcza mnie nadzieja, o marzeniach już zapomniałam. Jest tylko jakaś wizja na własne życie, jednak pozbawiona nadziei na spełnienie, smutny obrazek którego nie zobaczę na żywo. Nie wiem co ze mną będzie, chciałabym, żeby nie było nic, żebym mogła teraz po prostu odejść, w nicość, jak podczas tych bezsennych nocy, kiedy zatrzymuję się czas. Kiedy słucham i nagle nie słyszę nic, nawet tego głosu który mnie uspokaja, chociaż tak nieznośnie czasem denerwuje. Nie pozbieram się bez tego głosu, bo na co miałabym czekać, kiedy przewracam głowę na drugą stronę i śmieję się z ironii tej sytuacji - jestem postacią dramatyczną, ale bez dramatu, dramat wymyślam sobie sama. Nie dzieje mi się nic, po prostu pustka, a ja i tak czuję tę cholerę zjadającą mnie od środka, ból dupy i istnienia.
On nigdy nie umiał dostrzec mojej brzydoty, którą wytykałam wiele razy, ciekawe czy widzi ją teraz, we wspomnieniach i czasem w tramwajach, widzi na pewno, ale czy wyzdrowiał? Ja drżę, a on się obraca. Przytrzymuję się czegoś, żeby nie upaść, a on już znika z mojego życia, po raz setny, każde z tych małych i dużych pożegnań-ucieczek. Może teraz to mnie toczy ta choroba, i chemia w żyłach zamiast krwi i w sercu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)