Rysuję łosie, oglądam sarny za oknem, zbieram pomysły. Na wszystko. Może powoli odżywa we mnie to, czego kiedyś było więcej, chęci robienia rzeczy. Może w końcu będę miała jakiekolwiek perspektywy na radzenie sobie ze sobą i ze światem. Bo przecież zaczyna się sezon na szejki z McDonalda, można więc planować bieganie w trampkach i szortach, na nowo wyrobić nawyk poprawiania okularów słonecznych na nosie, wypiąć kiziaka z kurtki i zgubić kolejną parę rękawiczek. I czekam, aż będzie jeszcze trochę bardziej beztrosko, faktycznie dam sobie spokój z niektórymi rzeczami i myślami.
Muzycznie trochę powrotów, do czasów nawet jeszcze Przed, generalnie uczucie gimbazjalnej Moniki po raz kolejny. Roztopy tak na mnie działają, rozmrażam się razem z całą resztą. Kto by się spodziewał, przecież nienawidzę wiosny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz